Sobota, 9:15. Siedzę przy biurku i układam sobie przyszły tydzień.
Nie dlatego, że lubię pracować w weekend. Dlatego, że alternatywą jest gonienie od poniedziałku rano.
Brzmi jak drobiazg. W praktyce to różnica między tygodniem, który prowadzę ja, a tygodniem, który prowadzi mnie.
Poniedziałek, który ustawiał mi ktoś inny
Kiedyś robiłem dokładnie odwrotnie. Poniedziałek zaczynał się od otwarcia skrzynki i od tego, kto pierwszy napisał. Ten człowiek ustawiał mi dzień. Czasem cały tydzień.
Wtedy wydawało mi się, że to zaradność. Że tak właśnie wygląda ogarnianie: szybko odpisujesz, gasisz, jesteś pod ręką.
Dziś wiem, że to było życie na cudzych warunkach.
Skrzynka nie wie, co jest ważne dla Twojej firmy. Wie tylko, kto napisał pierwszy. Jeśli nie masz własnej listy spraw na tydzień, ktoś inny napisze Ci ją jednym mailem w poniedziałek rano. Nie ze złej woli. Po prostu dlatego, że miejsce było wolne.
Decyzje na spokojnie zamiast decyzji w biegu
Ta godzina w sobotę to nie heroizm ani kult produktywności. To sześćdziesiąt minut, w których podejmuję decyzje na spokojnie, żeby przez kolejne sześć dni nie podejmować ich w biegu.
Na spokojnie widzisz cały tydzień naraz. Co zostało, co się zmieniło, co naprawdę pcha firmę do przodu.
W biegu widzisz tylko to, co akurat leży przed Tobą. Każda sprawa wygląda wtedy na pilną, bo nie masz jej z czym porównać. Kończy się tym, że w piątek wieczorem jesteś zmęczony jak po maratonie, a rzeczy, które miały znaczenie, dalej czekają.
Co realnie robię przez tę godzinę
Nie mam na to skomplikowanej metody. Robię trzy ruchy.
- Patrzę, co zostało z poprzedniego tygodnia.
- Wyrzucam to, co się zdezaktualizowało.
- Wybieram trzy rzeczy, które muszą się wydarzyć. Nie dziesięć, nie pięć, tylko trzy.
Reszta idzie w kolejkę, nie do planu.
To ostatnie zdanie jest ważniejsze, niż wygląda. Kolejka to miejsce na sprawy, które kiedyś zrobisz. Plan to słowo dane samemu sobie na ten konkretny tydzień.
Kiedy do planu wrzucasz dziesięć rzeczy, w piątek zostaje Ci lista niezrobionych spraw i poczucie, że znowu nie dowiozłeś. Kiedy wrzucasz trzy, masz realną szansę je skończyć. Wyrzucanie tego, co się zdezaktualizowało, też nie jest porażką. To sprzątanie, bez którego stara lista rośnie w nieskończoność i przestaje cokolwiek znaczyć.
Czego nauczyło mnie siedmioro dzieci
Siedmioro dzieci nauczyło mnie o planowaniu jednej rzeczy, której nie znalazłem w żadnej książce o zarządzaniu czasem.
Plan nie jest po to, żeby wszystko poszło zgodnie z planem. Plan jest po to, żebyś w momencie, kiedy coś się posypie, nie musiał od zera zastanawiać się, co jest ważne.
Bo posypie się zawsze.
Dlaczego to ma takie znaczenie? W biegu zawsze wygrywa to, co najgłośniejsze, a najgłośniejsze rzadko bywa najważniejsze. Mail z trzema wykrzyknikami wygra z rzeczą, która po cichu decyduje o wyniku Twojej firmy, jeśli wcześniej nie ustalisz, która z nich jest ważniejsza.
Kiedy w sobotę wybrałeś trzy rzeczy, masz do czego wrócić, gdy poniedziałek wywróci się do góry nogami. Nie zaczynasz od pytania „co teraz?”. Zaczynasz od pytania, którą z trzech przesuwasz, a której bronisz.
Rachunek, który się zgadza
Godzina w sobotę kosztuje mnie godzinę. Poniedziałek bez niej kosztuje mnie cały tydzień.
To nie jest namawianie do pracy w weekend. Moment możesz wybrać swój, na przykład piątek po południu albo poniedziałek przed otwarciem skrzynki. Chodzi tylko o to, żeby decyzja o tym, co ważne, zapadła, zanim zacznie się hałas, a nie w samym jego środku.
W którym momencie tygodnia Ty decydujesz, co jest ważne?
Co z tego zapamiętać
Jeśli sam nie ustalisz, co jest ważne w tym tygodniu, ustali to za Ciebie pierwszy mail w poniedziałek.
Planuj trzy rzeczy, nie dziesięć. Reszta idzie do kolejki, nie do planu.
Plan nie chroni przed chaosem. Daje Ci punkt, do którego wracasz, kiedy chaos przyjdzie.
Więcej takich lekcji z mojej codziennej praktyki wysyłam w biuletynie „Sprzedaż bez chaosu”, zapis tutaj: salrios.com/newsletter